Mighty Mouse – zabawa w doktora

Moja myszka…

Bardzo długo nie wyobrażałem sobie, że mógłbym zdradzić moją Apple Pro Mouse. Towarzyszyła mi od zakupu iMaka G4, była zawsze tuż obok, a jej przezroczyste okrycie, bezwstydnie wręcz obnażające białe, niewinne wnętrze przyspieszało bicie serca i zawracało w głowie.

Niestety. Z czasem fascynacja i radość pierwszych spotkań przerodziła się w rutynę i nudę stałego związku. Zacząłem dostrzegać wady myszy Apple Pro: brak kółeczka do przewijania, a nawet, od czasu do czasu, brak drugiego przycisku. i wtedy spotkałem Ją. Mighty Mouse. Taki sam rozkoszny kształt, te same krągłości i wypukłości… rozczarowanie pozorną wstydliwością nowej myszki, skrytej pod nieprzeźroczystym, połyskliwym pancerzem, wynagrodziło odkrycie nabrzmiałej, małej kuleczki, zapraszająco wystającej w górę. Tak właśnie rozpoczęła się moja przygoda z Mighty Mouse. Miałem nadzieję, na prawdę miałem nadzieję, że ten związek będzie udany. Harmonijny. Oparty na wzajemnym zrozumieniu, na przyjaźni wspartej fascynacją… Nie widziałem świata poza moją Myszką, ignorując dochodzące z internetu głosy użytkowników, którzy srodze zawiedli się na jakości owej zapierającej dech w piersiach kuleczki. „Zepsuje się”, mówili. „Już nie będzie taka, jak kiedyś”.

Rzeczywiście. Koszmar nadchodził powoli. Najpierw łagodne, delikatne pocieranie kuleczki przestawało przynosić spodziewane rezultaty, moja myszka ewidentnie poszukiwała mocniejszych wrażeń i silniejszego nacisku. Na stronach internetowych Apple specjaliści radzili, aby w takich sytuacjach użyć nieco innej formy stymulacji i dodatkowego nawilżania: należało obrócić Mighty Mouse do góry nogami i pocierać przez chwilę kulką o szmatkę, nasączoną spirytusem. Po pierwszej sesji tego typu moja myszka stała się znów taka, jak kiedyś… lecz ta zabawa ewidentnie się jej spodobała, gdyż zaczęła domagać się jej coraz częściej.

Pewnego dnia Mighty Mouse obraziła się na mnie na dobre. Kulka przestała działać i nic nie było w stanie przywrócić jej do życia. Westchnąwszy wstałem, spakowałem ją do pudełka i już chciałem oddać do naprawy w ramach gwarancji, gdy ze zgrozą stwierdziłem brak dowodu zakupu. Przekopałem całe mieszkanie, jednak bezskutecznie. Cokolwiek się z nim stało, jego brak uniemożliwiał wymianę myszki na nową. Pozostało więc tylko jedno:

Zabawa w doktora

Najpierw odłączyłem Mighty Mouse od klawiatury, tymczasowo zamieniając ją na zachowaną szczęśliwie w bardzo dobrym stanie, okrągłą myszkę od zielonego iMaka G3. Wbrew powszechnie krążącej opinii uważam, że wcale nie jest ona tak bardzo niewygodna, należy tylko pamiętać, aby trzymać ją samymi końcami palców.

Operację Mighty Mouse zacząłem od zdjęcia dolnego pierścienia. Nie jest on zamocowany na zatrzaskach, lecz przyklejony do dolnej części myszki, więc należy delikatnie podważać go z każdej strony, aż się poodłamuje. Delikatność jest wskazana, jeśli nie chcemy porysować powierzchni.

Następnie rozwarłem górną i dolną część, poprzez jednoczesne naciśnięcie wewnętrznych zatrzasków, oznaczonych na zdjęciu czerwonymi kółkami. Gdy mysz się rozchyliła, podważyłem jeden z zawiasów, aby na dobre oddzielić dolną część od górnej. Jako że interesowała mnie tylko kulka wraz z mechanizmem, odczepiłem taśmę (1 na zdjęciu obok), którą podłączona była do płyty głównej myszy (należało w tym celu podnieść czarny zacisk złącza). Taśma sensorów dotykowych (2) okazała się być na tyle długa, że nie musiałem jej odczepiać, od razu więc odkręciłem trzy śrubki, mocujące mechanizm z kulką (3) do górnej części myszki.

Szmatką usunąłem brud, nagromadzony wokół otworu na kulkę w górnej części obudowy Mighty Mouse, bacząc aby nie wyrządzić krzywdy tajemniczym sensorom dotykowym.

Gdy mechanizm z kulką leżał już przede mną na stole, podważyłem zatrzaski białej części, aby uwolnić kulkę. Wraz z nią wyleciały cztery wałeczki, a moja wiara w inżynierów Apple legła w gruzach. Do tej pory ufałem, że mechanizm ten rozwiązuje w jakiś rozsądny sposób problem nieuniknionego pojawiania się brudu. Nie wiem, w jaki: może jakieś mini-szczoteczki, które ocierając się o te wałeczki odbierają z nich przekazywane przez kulkę nieczystości? Albo cztery maleńkie krasnoludki, z których każdy ugania się z mopem i szmatką? Niestety, okazało się, że nic takiego tam nie ma. Ani szczoteczek, ani krasnoludków. Za wyjątkiem wielkości i związanej z nią różnicy w sposobie odczytu ruchu rolek, mechanizm wygląda dokładnie tak samo, jak w starej myszce z kulką. Każdy, kto używał takowej myszki wie, że co jakiś czas po prostu należało wyjąć kulkę i przeczyścić rolki. Producent umożliwiał to poprzez umieszczenie na spodzie myszki otwieranej klapki, którą wystarczyło przekręcić, aby uzyskać wystarczający do owej czynności dostęp do mechanizmu. W przypadku Mighty Mouse niestety dostępu do rolek brak.

Po oczyszczeniu rolek i kulki za pomocą spirytusu nadszedł czas zszywania pacjentki. Złożenie mechanizmu z kulką nie było proste. Najpierw próbowałem składać rolki na białej części, po czym wkładać ją do czarnej podstawki, lecz po paru próbach okazało się to być zadaniem awykonalnym dla posiadacza standardowych dla gatunku Homo Sapiens palców. Ułożyłem więc rolki na czarnej podstawce (magnesy przytrzymały je we właściwych miejscach), na środku położyłem kulkę i założyłem białą nasadkę od góry. Udało się! Muszę jednak w tym miejscu przestrzec przed użyciem zbyt dużej siły przy wciskaniu – jeśli nie pasuje, to być może rolki źle się ułożyły lub dolna część nasadki nie trafiła we właściwe miejsca. Zbyt silne wciśnięcie jej w takim wypadku mogłoby spowodować uszkodzenie.

Po zamknięciu mechanizmu i szybkim teście (polegającym na podłączeniu rozebranej myszki do Maka i sprawdzeniu, czy obracanie kulki powoduje wydawanie stosownych dźwięków) złożenie Mighty Mouse sprowadziło się do prostego wykonania tych samych czynności w kolejności odwrotnej. Problem pojawił się dopiero na samym końcu: jak przyczepić oderwany pierścień zamykający mysz? Zdecydowałem się użyć odrobinki kleju cyjanoakrylowego (nie napiszę, że na imię miał „Kropelka”, bo jeszcze ktoś mnie posądzi o niewątpliwą kryptoreklamę).

I znowu razem

Po operacji Mighty Mouse zmieniła się nie do poznania. Jest znów taka, jak na początku naszej znajomości. Reaguje na każdy, nawet najlżejszy i najdelikatniejszy mój dotyk, odpowiada na subtelne muśnięcie palcami… Świadom jestem jednak pewnej rysy na szkle, która mąci mój spokój i zatruwa radość: wiem, że prędzej czy później będę musiał całą tę operację powtórzyć. Tak to jednak jest w stałych związkach – trzeba o nie dbać, aby przetrwały.

Lub po prostu co pół roku zmieniać myszkę.

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInShare on Tumblr
Kategoria: PYM Classic, Testy sprzętu oraz tagi: , , , .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *